Antarktyda 2017

Na początku napiszę, że do wyjazdu przygotowywałem się już od ok. roku.

Trasa podróży przebiegała z Pyrzowic do Frankfurtu i dalej do Buenos Aires i do najdalej wysuniętej miejscowości na południu Argentyny do Ushuaia - 16 tysięcy kilometrów z Polski. Ushuaia to najdalej wysunięta miejscowość na południu na świecie, chociaż w Chile jest wioska jeszcze niżej położona lub dalej, albo bliżej Antarktydy, ale to nie jest miasto.

Po wypłynięciu z Ushuaia - po dwóch dniach płynięcia przez Cieśninę Drakea, gdzie zawsze buja tylko pytanie jak duże są fale i związane z tym bujanie – dotarliśmy na Antarktydę. Po drodze omówiliśmy wszystkie logistyczne działania, dwa dni nam w zupełności wystarczyło. Aktywności nurkowej mieliśmy tydzień i następnie powrót. Widoczność nie była rewelacyjna – ok. 15 m a temperatura +1 do -1 st. C. Sprzęt sprawował się niezawodnie, nie mieliśmy żadnej awarii, a nurkowałem na automatach Tec Line V2 ICE, Skrzydło X-Deep, skafander trylaminat Ocean Pro, ocieplacze Mola Mola i Faun. Dodatkowo zabraliśmy lusterka nurkowe do wypatrywania lampartów morskich i oczywiście partnera. Do rejestrowania widoków nad i pod wodą miałem kamerę GoPRO Hero 5 - taka mała a możliwości dużo oraz obudowę do iPhone, która wyposażona jest w program komputera nurkowego wraz z możliwością robienia zdjęć i kręcenia filmów. No i bym zapomniał ale ABC i stroje kąpielowe ręczniki klapki z firmy AquaSpeed bo tam tez pływaliśmy tak w tej 0 st. C. wodzie nie powiem ze było przyjemnie ale na pewno zdrowo. Wszystko sprawdziło się w 100%. Maksymalna głębokość nurkowań 25 m. Największe wrażenie zrobiły na nas podczas nurkowania góry lodowe, a niezapomnianą przygodą było, gdy zobaczyliśmy polowanie lamparta morskiego na bezbronne pingwiny. Nurkowanie w tak ekstremalnych warunkach powinno u każdego wzbudzić szacunek do przyrody, która w takich sytuacjach może rozliczyć wszystko - braki i niedociągnięcia w doskonałej pływalności lub obycia się ze swoim sprzętem nurkowym...

 

Po powrocie z Antarktydy wyszliśmy na ląd w Ushuaia i polecieliśmy do Buenos Aires. Tam postanowiliśmy zostać 4 dni. Znaleźliśmy się w stolicy Argentyny, gdzie jest największa przestępczość i na każdym kroku na turystę czyhają oszuści. Miliony fałszywych Pesos znajduje się w obiegu, a kieszonkowcy są wszędzie. Nas nie spotkało nic przykrego, bo zaplanowaliśmy to zdecydowanie wcześniej i wymianę $ zrobiliśmy na lotnisku, a taksówkami poruszaliśmy się zamówionymi jeszcze w Polsce. Wszystkie płatności były robione odliczoną gotówką lub kartą kredytową, ale nie spuszczaliśmy oczu z przebiegu transakcji zapłaty. Uważajcie na ten aspekt, jeśli się tam wybieracie.

Ale wróćmy do spraw bardziej milszych, polecam skorzystanie z przewodnika po Buenos - Pani Rosalia ma polskie korzenie, jest patriotką, pielęgnuje polskość na obczyźnie, a do tego zna historię kraju, w którym mieszka i ogólnie jest równą „babką”. Jej e-mail to rosalia_konop@hotmail.com Czas 5 godzin zwiedzania wystarczy aby wtajemniczyć się w klimat tanga argentyńskiego czy futbolu na La Boca skąd wywodzi się Diego Maradona.

Dodatkowo polecam wybranie się nad wodospady - jedne z najpiękniejszych na świecie - do Iguazu. To wyprawa samolotowa, ale my zrobiliśmy to w jeden dzień z jednym noclegiem i zobaczyliśmy wodospady po stronie argentyńskiej - to miejsce, gdzie wodospady spadają w dół - chodzi się kładkami i ogląda się ogrom masy wody spadający w dół z tęczą w tle !!! Po stronie brazylijskiej też zobaczyliśmy te same wodospady – ale które z kolei spadają. Nie musimy mieć wizy ani ponosić żadnych opłat. Najlepiej wynająć taksówkę, w której kierowca ogranie wszystkie formalności. My mieliśmy szczęście trafić na bardzo sympatycznego kierowcę – Sergio. Wodospady po stronie Brazylii są inne, widziane tak jak w kinie na ekranie bo widać je w całej okazałości. Nie mogę powiedzieć, które lepsze. Byliśmy w tej dobrej sytuacji, że widzieliśmy je z obu stron. Ale aby postawić kropkę nad i zdecydowaliśmy się zobaczyć wodospady z powietrza, a dokładnie z helikoptera – oj widoki były zapierające dech w piersiach.

Oczywiście obowiązkowo spróbowaliśmy kilkakrotnie steka argentyńskiego – jest smaczny, a zjedliśmy ich kilka rodzai. Jednego czego nie widzieliśmy to show tanga argentyńskiego – z szacunku do tancerzy, nie chcieliśmy iść na tagi elegancki pokaz w jeansach i adidasach. Ale dzięki temu być może będzie powód aby odwiedzić Argentynę jeszcze kiedyś…

Czas szybko biegnie najlepiej wyjechać z miejsca z niedosytem niż z przesytem tego życzę wszystkim w podroży do następnego razu. Eugeniusz. ps. Zapraszam do prenumeraty Podwodnego Świata w najbliższym numerze 3/2017 będzie relacja z Antarktydy.










































<< Wstecz



Licznik: Liczniki na strone